Inne Galerie

DURNY - LODOWY 07- 08 wrzesień 2013

Lodowy Szczyt (2627 m npm) i Durny Szczyt (2623 m npm) są na trzecim i czwartym miejscu pod względem wysokości w Wielkiej Koronie Tatr. Obie z Anią  już od dawna ostrzyłyśmy sobie na nie pazurki :-)
Aż w końcu trafił się wspaniały weekend i postanowiłyśmy zmierzyć się z tymi kolosami.
Z Bielska wyjechałyśmy o godz. 4. Przyjechałyśmy do Starego Smokovca, tam dojechali też nasi koledzy Jasiu i Tomek.  Pierwszym kursem kolejki wyjechaliśmy na Hrebienok, a stamtąd poszliśmy do Chaty Zamkovskiego. Miałyśmy tam z Anią zamówione noclegi - na glebie za 7 euro (w Chacie Teriego nie było już wolnych miejsc). Zostawiłyśmy zbędne rzeczy i w czwórkę ruszyliśmy Doliną Małej Zimnej Wody do Doliny Pięciu Stawów Spiskich.
Początkowo planowaliśmy iść w ten dzień na Lodowy, ale w końcu zdecydowaliśmy się jednak szturmować Durny Szczyt. Tomek nie ma zbyt dużego doświadczenia w tak wysokich górach, więc poszedł na Lodową Przełęcz, a my ścieżką pomiędzy stawami udaliśmy się w kierunku żlebu, który prowadzi na Małą Durną Przełęcz.
Z przełęczy w prawo wspinaliśmy się granią na Mały Durny Szczyt (2592 m npm). Muszę uczciwie przyznać, że chociaż to było króciutkie przejście, nie można go zaliczyć do lajtowych. Po 15 minutach byliśmy na szczycie. Z tego miejsca Durny Szczyt prezentuje się imponująco, a właściwie... przerażająco.
 Z Małego Durnego schodzimy lewą stroną grani do podnóża słynnej Igły i dalej lewą stronę rozpoczynamy wspinaczkę na Durny. Wbrew pozorom szło się bardzo dobrze (co  jakiś czas były kopczyki), więc w dość szybkim tempie byliśmy na wierzchołku. Tym razem nie byliśmy sami, tuz przed nami wdrapał się tam Łukasz z Krakowa, a kilku chłopaków schodziło już
w stronę Łomnicy.
Widoki ze szczytu są po prostu zachwycające - Tatry Bielskie, Dolina Kieżmarska, Kieżmarskie Szczyty, niemal na wyciągnięcie ręki Łomnica, dalej Dolina Pięciu Stawów Spiskich, Pośrednia Grań, Lodowy, Baranie Rogi, gdzieś na horyzoncie Sławkowski, Gerlach i cała reszta...I ta cisza...nagle zakłócona przez helikopter, który zaczął latać tam i z powrotem nad doliną. Myśleliśmy, że to są jakieś ćwiczenia. Po jakimś czasie helikopter skierował się w naszą stronę, śmialiśmy się, że to może po nas.
Wieczorem w schronisku dowiedziałyśmy się, że z Lodowego spadło dwóch Słowaków, a w poniedziałek wyczytałam ze strony Horskiej Służby, że z Jordanki, tj. z drogi na Łomnicę (czyli tuż pod nami) odpadli dwaj Polacy.
Z Durnego schodziliśmy tak samo, jak wchodziliśmy, zajęło nam to trochę więcej czasu, bo naprawdę trzeba było bardzo uważać.
 Przy Chacie Teriego pożegnałyśmy się z Jasiem, który pognał na dół, gdzie czekał na niego Tomek,  my po krótkim odpoczynku zeszłyśmy do Chaty Zamkovskiego. A tam tłum, ale atmosfera super. Szybko zintegrowałyśmy się z pozostałymi turystami. Była gra w karty, gitara i chóralne wycie :-)
Ania zarządziła, że wstajemy o godz.6. Zjadłyśmy co nieco, ponownie zostawiłyśmy niepotrzebne rzeczy i kolejny raz ruszyłyśmy szlakiem do Chaty Teriego.
Od Terinki idzie się początkowo żółto-zielonym szlakiem, ale po pewnym  czasie odbiłyśmy
w prawo i dość wyraźną ścieżką, a później za nielicznymi kopczykami po skalnych blokach doszłyśmy do stromego piarżyska, którym szłyśmy aż do grani.
A potem było już tylko coraz wyżej :-)
Na Wyżniej Lodowej Przełęczy siedziała spora grupka turystów, odpoczęłyśmy tam trochę
i ruszyłyśmy w kierunku szczytu jako pierwsze. Początkowo było ok, aż dotarłyśmy do Lodowego Konia.
Wikipedia podaje, że Lodowy Koń to prawie poziomy odcinek grani, jego punkt kulminacyjny znajduje się na wysokości ok. 2585 m npm, ma długość 22 m, jest bardzo wąski i składa się
z wielkich kamiennych bloków.
Zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam. Było to dość ekstremalne i traumatyczne przeżycie :-)
 Po zejściu z Konia granią prosto do góry wyszłyśmy na Lodowy Szczyt. Parę osób już tam było, za nami też przyszli, w sumie uzbierało się ponad 20 sztuk, co jest nieprawdopodobne i rzadko spotykane, jak na takie pozaszlakowe miejsce. Mało tego - wśród nich wszystkich nie było ani jednego licencjonowanego przewodnika.
Na szczycie zrobiłyśmy długi postój. Poznałyśmy tam Paulinę z Bukowiny i jej wujka Staszka - niesamowicie pozytywni ludzie.
Widoki z Lodowego - tak samo piękne jak z Durnego, może nawet piękniejsze, bo doszła do tego wszystkiego Dolina Jaworowa.
Schodziliśmy już w czwórkę - nie granią, tylko trawersując Lodowy od strony Jaworowej. W dwóch miejscach Wujek Staszek asekurował całą Babską Trójkę - tam, gdzie nie było oparcia na nogi szarmancko podstawiał swoją dłoń i dzięki temu mogłyśmy bezpiecznie zejść. Po 45 minutach wspięliśmy się na Lodową Kopę (2602 m npm).
 Z Lodowej Kopy dalej granią zeszliśmy na Lodową Przełęcz, a stamtąd już zielonym szlakiem do Chaty Teriego.
Po krótkiej przerwie poszłyśmy w dół do Chaty Zamkovskiego, skąd zabrałyśmy swoje rzeczy
i resztkami sił dowlekłyśmy się na Hrebienok. Do domu wyjechałyśmy przed godz.18.
Bilans wyjazdu jest następujący:
na skałach podziurawiłam dwie pary rękawiczek (aż boję się pomyśleć, jak wyglądałyby moje dłonie, gdybym ich nie miała), zrobił mi się ogromny pęcherz na stopie, przez kilka dni byłam obolała, czułam każdą kosteczkę i każdy mięsień, moje nogi są posiniaczone i podrapane, ale na wspomnienie tych dwóch dni uśmiecham się od ucha do ucha :-) :-) :-)

Ewa